pless.pl - medium nr 1 w Pszczynie

Reklama - billboard wiadomości

Wiadomości

  • 5 czerwca 2021
  • wyświetleń: 3461

[FOTO] 461 km dla Filipka - Michał Piech opowiada o wyprawie

Michał Piech ze Studzienic pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka Cholewy, który cierpi na SMA - rdzeniowy zanik mięśni. Do mety dotarł 23 maja, siódmego dnia biegu, po przebyciu 461 kilometrów. Teraz dzieli się z wszystkimi, którzy mu kibicowali, wspomnieniami z trasy oraz fotorelacją. Ledwo skończył jedną wyprawę, by zaraz planować kolejną - tym razem przebiegnie ponad 500 km polskim wybrzeżem od zachodu po wschód w 6 dni! Tymczasem zapraszamy do przeczytania jego relacji z wyprawy sudeckiej.

Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021 · fot. Michał Piech - fotorelacja z wyprawy


- Będzie długo, ale szlak długi to i wspomnień trochę. "Patrząc ciągle przed siebie, myśląc jak zrobić jeszcze więcej, osiągniesz stan umysłu, w którym nie ma rzeczy niemożliwych" - powiedział Henry Ford. Nie bez powodu moją opowieść o Głównym Szlaku Sudeckim zaczynam od tego cytatu. Jeszcze kilka lat temu taki dystans był dla mnie niewyobrażalny. Zresztą co ja piszę, autem się męczyłem.

Dziś wiem ile może się zmienić, kiedy zapanuję nad swoją głową. Ale do rzeczy. Na początek kilka informacji o samym szlaku. Pierwsza czerwona kropka, która oznacza początek mojej trasy znajduje się w Świeradowie-Zdroju a druga w Prudniku. Po drodze można zwiedzić ciekawe zakątki Gór Izerskich, zbocza Wysokiej Kopy, Wysoki Kamień i Szklarską Porębę, aby przez Karkonosze i Wodospad Kamieńczyka, Wielki Szyszak, Przełęcz pod Śnieżką dotrzeć do Karpacza. Dalej przejdziemy przez Rudawy Janowickie (Skalnik) do Krzeszowa. Następnie przez Góry Kamienne i Góry Czarne szlak wiedzie do Jedliny-Zdroju, skąd przechodzi głównym grzbietem Gór Sowich (Wielka Sowa), aż do Przełęczy Srebrnej, oddzielającej je od Gór Bardzkich. Dalej szlak prowadzi do Wambierzyc, skąd trasa wstępuje w Góry Stołowe (Skalne Grzyby, Błędne Skały) i do sudeckich uzdrowisk: Kudowy-Zdroju, Dusznik-Zdroju. Dalej mamy: Góry Orlickie, Bystrzyckie, Wodospad Wilczki, Masyw Śnieżnika, Krowiarki, Lądek-Zdrój, Góry Złote do Paczkowa, gdzie przez wiele lat kończył się na stacji kolejowej, ale obecnie prowadzi dalej przez Kałków, Głuchołazy, Góry Opawskie aż do Prudnika. Tyle z teorii i Wikipedii.

Dzień pierwszy



Na miejsce startu zawiózł mnie Leszek Pławecki, organizator Pszczyńskiego Crossu Terenowego - Cztery Pory Roku i nagrał film ze startu, odprowadzając mnie aż pod tablicę upamiętniającą twórcę tego szlaku - Mieczysława Orłowicza. Już na starcie widziałem mój pierwszy cel - Stóg Izerski. Widoki, jakie tam zastałem, wynagrodziły trudy wspinaczki i mimo, że schronisko było zamknięte, z zadowoleniem i uradowaniem ruszyłem w dalszą trasę po grani, aż do Wysokiego Kamienia, by delektować się zbiegiem do Szklarskiej Poręby. Poza sezonem i w poniedziałek to miasteczko już spało...

Na wejściu do Karkonoskiego Parku Narodowego zastała mnie noc i mocno spadła temperatura. Długa wspinaczka i spadająca temperatura zmusiły mnie do chwili postoju w schronisku na Hali Szrenickiej. Po krótkiej drzemce, dyrdając z zimna jak szczurek, ruszyłem w stronę Czarnej Przełęczy i już chwilę po jej minięciu skończyło się "rumakowanie". Gęsta mgła, a w zasadzie coś w rodzaju chmury, spowiło mrok i widoczność spadła do kilku metrów. Tempem żółwia, niczym strudzony podróżą pielgrzym, dotarłem do Schroniska Odrodzenie.

Dzień drugi



Zaczynało już powoli świtać, ale kilkaset metrów od schroniska zaczęła się walka o pion. Wieczorny deszcz i poranny przymrozek zrobiły na szlaku skorupę lodową, po której moje biegowe buty jeździły jak chciały. Kilka zjazdów w kosodrzewiny było nawet zabawnych, ale najgorsze było dopiero przede mną. Od Słonecznika do Równi pod Śnieżką zastałem zalegający śnieg, a po lewej stronie było kilka metrów lodowiska i urwisko w dół do Wielkiego Stawu. To był moment, kiedy naprawdę po raz pierwszy poczułem strach. Po górach zrobiłem tysiące kilometrów w różnych warunkach, ale tego, co mnie tam zastało, doświadczyłem pierwszy raz w życiu. Mięśnie spięły się na tyle, że odczuwałem ból. Starając się nie myśleć o urwisku, drobnymi krokami przedzierałem się dalej.

Ulgę odczułem dopiero w Domu Śląskim, gdzie zmęczony, zmarznięty i z poszarpanymi mięśniami przez okno patrzyłem na Śnieżkę. Po pół godzinie ruszyłem dalej i tu kolejna zagwozdka. Szlak ze schroniska w stronę Łomniczanki zamknięty. Podszedłem bliżej i widzę czyjeś ślady na śniegu, więc co mógł zrobić świr mojego pokroju? Pomyślałem GSS to GSS i ruszyłem na dół. Poleciało już po kilkudziesięciu metrach. Chyba zapomniałem już o lodzie wyżej i tu przypomniał mi o sobie. Schodziłem znowu pospinany, zważając na każdy krok, by nie zjechać na dół. Trwało to trochę, ale udało się.

Powiem Wam, że po raz kolejny doświadczyłem na tym fragmencie palca Bożego. To co mnie spowalniało wcześniej, w nocy, okazało się błogosławieństwem. Nie wyobrażam sobie, aby ten odcinek obok urwiska i zejście w dół, pokonywać w nocy, po ciemku. Nic nie dzieje się bez przyczyny, nie widząc zagrożenia mógłbym już nie pisać tej relacji...

Ale do rzeczy. Z Łomniczanki był już bajkowy zbieg do Karpacza, gdzie na stacji benzynowej Obajtka uraczyłem się hot-dogiem i kawą, co jak się okazało, po przejściach wprowadziło mój organizm w mocne uczucie senności. 15-minutowa drzemka zrobiła co miała zrobić. Kiedyś mnie wywiozą za to spanie na przystankach.

Na resztę dnia zaplanowałem dotarcie do Lubawki. Znalezienie noclegu z posiłkiem graniczyło tam z cudem, bo remont drogi, który był tam robiony ściągnął na wszystkie czynne kwatery budowlańców. Mojej Usi udało się wyszperać miejsce w hoteliku przy szlaku, na samym rynku Lubawki. Ten odcinek to około 50 km fajnej trasy, która głównie przechodziła w terenie. Fajne, choć nie zapierające tchu w piersiach widoki towarzyszyły mi całą drogę, aż do granicy remontu drogi, gdzie zaczął się, delikatnie mówiąc, syf. Wtorek wieczorem zakończyłem na 108 kilometrze. Kwatera pozwoliła na prysznic i spanie, co dało mi dużą dawkę nowej energii.

Dzień trzeci



Środa to już kolejny dzień wyprawy. Zaczynam wcześnie, z Lubawki startuję ok 1:30 w nocy i za plan dnia przyjąłem Schronisko Zygmuntówka Pod Wielką Sową, w którym nie powinno być problemu z noclegiem i jedzeniem. W hotelu wieczorem uzupełniłem zapasy płynów i batonów, by nie brakło mi na kolejne kilometry. Drugi dzień jest dla mnie najgorszy, tak z doświadczenia wiem, że organizm musi się zaadoptować do wysiłku i kilometraż nie będzie duży, choć ewentualne wydłużenie zawsze biorę pod uwagę. Założyłem jakiś plan minimum i ruszyłem. W nocy padało więc generalnie zrobiło się mokro. Zbieg do Krzeszowa i wspinaczka na Górę Świętej Anny dały w kość. Po kilkunastu kilometrach spotykam na szlaku przyjaciela, który znakuje trasę do biegów, mających się odbyć w sobotę. Po chwili rozmowy wyciąga z portfela stówkę i ujęty losem Filipka przekazuje ją na jego rzecz. Super sprawa, gorące podziękowania!

Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021
Po chwili rozmowy pan wyciąga z portfela stówkę i ujęty losem Filipka przekazuje ją na jego rzecz · fot. Michał Piech - fotorelacja z wyprawy


Dalej na Lesistą Wielką w bajkowej, soczystej zieleni docieram do stóp Bukowca. Ostrzegano mnie przed tym podejściem, ale co tam. U stóp góry znajduję ruiny jakiejś kaplicy i sporo starych i zniszczonych kamieni nagrobkowych - zrobiło się tajemniczo. Podejście dało rzeczywiście w kość, co odbiło się znacząco na tempie przemieszczania się. Delikatny zbieg do Andrzejówki rekompensuje straty i pozwala na pitstop z jajecznicą - fantastico.

W cudownym nastroju i z pełnym brzuszkiem ruszam dalej. Mijając po drodze Klin, Turzynę i Skalną Bramę przez Grzmiącą i okolice Wawrzyniaka docieram do Jedliny, a w zasadzie Jedlinki. Dobre samopoczucie pcha mnie dalej w drogę, ale jakaś siła każe mi usiąść na przystanku. Cóż, kupuję soczek pomidorowy w sklepiku i siadam na chwilę odpoczynku. Już po chwili wiedziałem, że to coś co kazało mi usiąść to opatrzność Boża, bo po kilku minutach lunęła na okolicę ściana deszczu. Na przystanku rozmawiam z pewnym Panem, który również uciekł pod dach w drodze po chleb do sklepiku.

Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021
Każda "dycha" się liczy! · fot. Michał Piech - fotorelacja z wyprawy


Po wysłuchaniu historii Filipka dzieli się tym, co ma z naszym bohaterem i przekazuje 10 zł na rzecz Fifiego mówiąc - "kurczę, mam tylko 20zł w portfelu, a muszę kupić chleb, 10zł dla dziecka 10 dla mnie - będzie chyba sprawiedliwie".

Dalej przez Strażową Górę, Jedlińską Kopę, Włodarz i Mosznę kieruję się do Rzeczki i Schroniska Orzeł. Na kilometr przed nim dopada mnie deszcz, więc postanowiłem się na chwilę zatrzymać i załapałem się tylko, albo aż na kawę - takie to schronisko. Spotykam tam dwóch biegaczy z Warszawy, którzy również schronili się tam przed ulewą. Po kilkunastu minutach deszcz troszkę zelżał, ale już do wieczora niestety nie ustał. Wspiąłem się więc na Wielką Sowę, gdzie spotkałem wędrowca idącego w przeciwnym kierunku. Chwila rozmowy, opowiadań i w drogę. Jeszcze kilka kilometrów w deszczu dzieli mnie od Zygmuntówki. Po 19.00 dopadam schroniska i przemoczony, ale uradowany idę pod prysznic, by na świeżo zjeść kolację i uzupełnić braki w plecaku. O 20.30 już leżałem w łóżku i tuliłem się do snu, by wstać o północy i ruszyć dalej.

Dzień czwarty



Ze schroniska, nocą musiałem wspiąć się na Kalenicę - oj bolało tak z rana - by później łagodną granią i spokojnym zbiegiem dotrzeć tuż nad ranem do Twierdzy w Srebrnej Górze. W promieniach wschodzącego słońca dotarłem do Czerwieńczyc, aby dalej zbiegnąć do Słupca. Oj zbieg ten nie skończył się dobrze.

W połowie coś "pstrykło" w kolanie i miałem problem ze zrobieniem kroku. Troszkę mnie to zmartwiło, bo każdy krok sprawiał ból. Dotarłem do miasteczka i wyszukałem aptekę, w której zaopatrzyłem się w opaskę uciskową na kolano. Ścisnąłem kolano i wolno ruszyłem naprzód. Pomyślałem o lekach przeciwbólowych, ale wiem, że zakłamanie jakie wprowadzą, może doprowadzić do rozwalenia kolana i postanowiłem zwolnić, ale cisnąć naprzód. Ze Słupca, Drogą Krzyżową, i to dosłownie, bo te schody to dla mojego kolana katorga, wdrapałem się na Górę Wszystkich Świętych. Dalej już przez Ścinawkę, Wambierzyce i Studzienno, po wspinaczce dotarłem na Rogacz. Skalne Grzyby, Skalne Wrota to bajkowa trasa w burzy, na szczęście bez deszczu tylko z mżawką. Ten odcinek trasy jest dosyć trudny technicznie, głazy, mokre korzenie i pagórki sprawiły, że musiałem się mocno skupić na tym, gdzie stawiam stopę, ale widoki rekompensowały mi ten stan zmęczenia. Siły dodało mi to, że gdzieś tutaj minąłem połowę szlaku i zaczęło dla mnie być z górki - do kropeczki. Przemieszczając się głównie granią, dotarłem aż do Błędnych Skał, skąd już pozostał na ten dzień tylko zbieg do Kudowej-Zdroju. I tu mocno się zdziwiłem, bo przecież jednym z głównych szlaków wiodących do głównej atrakcji tej okolicy (Błędne Skały) jest właśnie czerwony szlak, który jak to w "polsze ludowej" bywa, został kompletnie rozwalony przez bezmyślnych drwali. Błoto i koleiny uniemożliwiły nie tylko zbieg, ale nawet bezpieczne zejście na dół. To była przeprawa przez wertepy! Uwalony z błota jak małe prosię, dotarłem koniec końców do celu dnia dzisiejszego. W pensjonacie czekał na mnie ciepły pokoik i gorąca kolacja. Pyszności! Krótka analiza trasy i plan na jutro - Śnieżnik.

Dzień piąty



Z Kudowej do Duszników mam około 4 godzin nocnej przeprawy, jeszcze nie wiedziałem z jakimi przygodami. Tuż po wyjściu z miasta w las, dotarłem do ogrodzenia z drabinką z boku, jak przy młodnikach. Bez chwili zastanowienia przeszedłem po drabince na drugą stronę. Mokro i błotniście pod nogami i brnę przed siebie, kiedy w ciemności widzę migające oczka - sarenki myślę. Nic bardziej mylnego. Kiedy zobaczyłem, że te małe migające oczka to cielątka, rozejrzawszy się wokoło, lekko oniemiałem. Wokół mnie leżało, stało i zaglądało na mnie całe stado krów - spore stado - kilkadziesiąt do stu sztuk. Jako, że wychowałem się na gospodarstwie, strachu nie czułem, ale też wiedziałem, że jak je spłoszę i wystraszę to może być nieciekawie. Powoli i po cichutku, bez zbędnych ruchów i broń Boże fleszy, dotarłem do drugiego końca pastwiska, tam była furtka. Wspinając się dalej na Grodziec, jakieś kilkaset metrów od pastwiska, wlazłem na stado dzików - moje szczęście, że te czarne stworzonka wystraszyły się bardziej niż ja i uciekły w las, a nie ruszyły w moją stronę.

Poziom ciśnienia tętniczego miałem już jak po sprincie na 100m. Na szczęście już bez większych przygód dotarłem do Duszników-Zdroju. Tam znów pod wiatką przy jeziorku walnąłem sobie drzemkę, z której wybudził mnie telefon - może i dobrze. Dalej dotarłem pod Kamień Rubertscha skąd miałem widok na ogromie rozbudowaną bazę narciarską w Zieleńcu - jestem pod ogromnym jej wrażeniem. Dalej raczej po równym i pagórkowatym terenie, umęczony docieram do schroniska Jagodna, gdzie mega fajna obsada podaje mi obiadek, który daje mi wiele sił na dalszą trasę.

Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021
Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021 · fot. Michał Piech - fotorelacja z wyprawy


Plan na dzisiaj bardzo ambitny, ale trzeba się spinać, by dotrzeć na Śnieżnik, do pokonania jest jeszcze około 30 kilometrów. Długi i równy zbieg pozwala na szybkie dotarcie do Długopola-Zdroju i tu na punkcie widokowym Wronka strzeliło mi 300 km w nogach. Już wiem, że mam jeszcze do pokonania około 160 km a na sam Śnieżnik 23 kilometry. Licząc, że pod igliczną zjem coś ciepłego, w końcu to schronisko PTTK, nie szczędziłem sił na dotarcie tam. Ogromne rozczarowanie - punkt informacyjny, schronisko PTTK - zabarykadowane, mimo że samochody opiekunów stały pod wiatą. Jak dla mnie kompletna żenada. Pocisnąłem batonami i dałem w długą przez Międzygórze i dalej, bardzo równą trasą górską w stronę Śnieżnika.

Ale jeszcze zanim to wszystko, mijałem zapierający dech w piersiach obiekt turystyczny przy Wodospadzie Wilczki. Na sam Śnieżnik tylko ostatnie półtorej kilometra to typowy szlak górski, a powiem szczerze, obawiałem się tego podejścia. Poszło gładko i szybko, chociaż końcówkę pokonałem w deszczu i wietrze. Po drodze spotkałem parę z Krakowa, która również po krótkiej rozmowie bez wahania zrobiła przelew na siepomaga.pl dla naszego Filipka - dziękuję!

Dzień szósty



Sobota. Wiem, że zostało mi 137 km i próbuję to racjonalnie podzielić. Plan na początek 80 km dzisiaj i 60 km na niedzielę. Ruszam. Pierwsze kroki kieruję na Czarną Górę, gdzie oznakowanie pozostawia wiele do życzenia, pogubiłem się kilka razy i dobrze, że GPS mnie poprawił. Dalej przez Lądek-Zdrój i Orłowiec dotarłem na Jawornik Wielki, aby zbiec z niego do Złotego Stoku. Zbieg był fajny i szybki, a w Złotym Stoku znowu u Obajtka zjadam śniadanie i piję kawę. Krótka rozmowa z żoną i ruszyłem w dalszą drogę. Plan na nocleg miałem na Sławniowice, ale w Paczkowie po rozmowie z moim wsparciem już wiedziałem, że muszę dotrzeć aż do Głuchołazów. Kurczę, cienko. Mam do pokonania 44 km i 6 godzin na nocleg, a tylko 5, aby załapać się na kolację. Nie będę opisywał Wam trasy od Złotego Stoku aż do Głuchołazów, bo to głównie asfalty i wioski, a do miejscowości Łąka to prawie 50 km samego asfaltu. Dalej tak pół na pół.

Ale do rzeczy, bo to co się tutaj wydarzyło to jakiś psychologiczny fenomen. Usiadłem w cukierni na rynku, pani pozwoliła naładować sprzęty i przy kawie, ciastku i lodach zacząłem formatować mój mózg. Nawiasem mówiąc, pani chciała mnie reanimować i wzywać pogotowie, musiałem bardzo dobrze wyglądać.

Zacząłem kasować z pamięci pokonane blisko 370 kilometrów i nastawiać organizm, że jest po rozgrzewce i ma do pokonania maraton. Na szczęście teren przede mną zapowiada się raczej pagórkowaty niż górski, więc jeżeli go dobrze nastawię, powinno udać się dobiec. Dochodzi 16.00 i wyrzucam z plecaka wszystko, co może odciążyć wagę. Do kosza poleciały dwie cole i dziesięć batonów, zabrałem tylko ubrania i środki higieniczne oraz 200 ml wody oraz dwa snickersy.

Kilometr szybkim marszem i ruszyłem, robiąc krótkie przerwy w biegu co około pięć kilometrów - mniej więcej tak, jak to się robi na maratonach asfaltowych. Po dwudziestu kilometrach dopada mnie pierwsza burza, na szczęście krótka i po kilku minutach spędzonych na przystanku już biegnę dalej. Teren miejscami jest błotnisty, co utrudnia sprawę.

Druga połowa maratonu to trochę więcej górek, więc wolniej biegnę pod górę, ale już na pełnym gazie w dół. Tuż przed Głuchołazami dopada mnie druga burza i chowam się pod mostkiem, aby nie przemoknąć. Tu czekałem już kilkanaście minut. Ruszyłem dalej, kiedy jeszcze kropiło, ale gonił mnie czas. Nie wiem jak, ale po 4 godzinach i 50 minutach wchodzę do hotelu - wyczerpany ale szczęśliwy. Zamówiłem jedzenie i poszedłem się ogarnąć. Po posiłku i uzupełnieniu plecaka zadzwoniłem do żony i opowiedziałem, co było i co mnie czeka oraz jak może to wyglądać. Wiedziałem, że dałem popalić mięśniom i nie miałem pewności, czy ich nie zakwasiłem. Budzik nastawiłem na 4.00, zostało mi do Prudnika tylko 38 km więc będzie na luzie, jeżeli nic się nie wydarzy - myślałem.

Dzień siódmy - ostatni



Niedzielny wschód słońca to bajeczny widok z Przedniej Kopy. Złote promienie wdzierały się przez dolinę na trasę, jakby chciały powiedzieć - to jest twoje zwycięstwo, to jest twój dzień! Koniec bujania w obłokach i rozpoczynam zbieg przez Podlesie i Jarnołtówek, by wspiąć się Biskupią Kopę, gdzie spotykam fantastyczną rodzinkę z Pszczyny. Razem pokonaliśmy kilka kilometrów, prawie aż do Szyndzielowej.

Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021
Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021 · fot. Michał Piech - fotorelacja z wyprawy

Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021
Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021 · fot. Michał Piech - fotorelacja z wyprawy


Było mi bardzo miło spotkać, poznać i porozmawiać. Sam zbiegłem do Pokrzywnej na śniadanie i truchtając, przesuwałem się dalej. Już wiedziałem, że około 14.00 dotrę na miejsce i tak też powiedziałem przez telefon mojej kochanej Usi.

Do ciekawszych rzeczy na tym odcinku zalicza się kościółek Pod Kozią Górą i sam las. Tutaj miałem małą rozkminę, bo jak zbiegłem już na obrzeża Prudnika, z bólu musiałem usiąść, a że nie było gdzie, usiadłem na chodniku i oparłem się o plecak. Zastanowiła mnie znieczulica ludzi. Minęło mnie kilkanaście samochodów i nikt, dosłownie NIKT nie zapytał, czy nie potrzebuję pomocy. Pokolenie smartfona, szkoda gadać. Końcówka to już trucht przez miasto i podbieg do dworca PKP w Prudniku, gdzie mój największy skarb czekał na mnie z otwartymi ramionami.

Loading...


Kończąc, chciałem jak zawsze podziękować. Po pierwsze mojej ukochanej Usi za wyrozumiałość i wsparcie, i że rozumie te moje stany umysłu. Na wielkie dzięki zasługują wszyscy partnerzy mojego wyzwania, którzy w jakikolwiek sposób - czy to poprzez wpłaty, czy poprzez transport, czy inny sposób przyczynili się do mojego sukcesu. No i oczywiście dziękuję Filipowi za to, że mogłem razem z nim pokonać tę trasę (towarzyszyła mi przez cały czas flaga z jego zdjęciem) - było mi niezmiernie miło. Dziękuję wszystkim, którzy kibicowali, pchali kropkę i wpłacali na skarbonki Filipka, to dzięki Wam nie byłem sam na trasie - Dziękuję!


Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021
Michał Piech pokonał Główny Szlak Sudecki dla Filipka - 17-23.05.2021 · fot. Michał Piech - fotorelacja z wyprawy


Zachęcamy do śledzenia Michała Piecha podczas realizacji kolejnej wyprawy dla Filipka polskim wybrzeżem, która rozpocznie się końcem czerwca! Oto jej plan:

Michał Piech, bieg Bałytyk, wybrzeże


Pan Michał wyjaśnia, że takie wyprawy pomagają osobom chcącym wesprzeć chore dzieci zdecydować, jaką kwotę wpłacić na konto zbiórki. - Często ludzie uważają, że wstyd wpłacać małe kwoty, nie wiedzą, ile wypada dać. Łatwiej przeliczyć przebyte przez kogoś kilometry na złotówki - mówi.

Na zbiórce powiązanej z wyprawą Głównym Szlakiem Sudeckim jest już prawie 14 tysięcy złotych, a pieniądze wciąż wpływają:



Filipka w każdym momencie możemy wesprzeć, wpłacając dowolną kwotę na główne konto chłopca w serwisie siepomaga.pl:

ar / pless.pl

Reklama - baner pod artykułem

Reklama - link rotacyjny

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu pless.pl zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.